No i sią zaczęło...
Z samego rana. Zaraz po przebudzeniu. Usłyszałem jeszcze w malignie jęki mojej żony. Chwila w poszukiwaniu zegarka i nerwowe liczenie. Na razie skurcze są co jakieś 15 minut. Jak będą co 10, wybywamy do szpitala. A ponieważ moja żona wybrała sobie szpital oddalony o kilkadziesiąt kilometrów (i słusznie, najlepszy w okolicy), to możemy urodzić w samochodzie.
O ile sobie przypominam, za pierwszym razem nie miałem takiej tremy. To chyba tak jak ze skokami spadochronowymi: [ierwszy jest najłatwiejszy, jak potem juz człowiek wie co robi, to ma pietra.
±
Komentarze do wpisu "No i sią zaczęło...":
Jeszcze nie ma żadnych komentarzy. Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz: