Garść wrażeń z TEDxPoznań zupełnie subiektywnie
Wpis powstał właściwie zaraz po konferencji, nigdy jednak nie został opublikowany i stan ten miał się utrzymać po wsze czasu. Zostałem jednak uderzony w mózgownicę brakiem jakichkolwiek relacji z tej imprezy, i zwój, który przyjął impet uderzenia postanowił odnaleźć w czeluściach dropboksa szkic i go opublikować.
Jakimś magicznym sposobem mojej skromnej osobie udało się uczestniczyć w poznańskiej edycji TEDx, czyli TEDxPoznań. Brawa należą się szczególnie organizatorom, bo nieuzbrojonym okiem widać było, że wysiłek został w organizację włożony spory. W zasadzie wszystko przebiegło niemal perfekcyjnie, czego dowody znajdziecie poniżej. Pamiętajcie jednak, że to zupełnie subiektywna, i pewnie nieuczciwa ocena konferencji, zarejestrowana przez totalnego dyletanta. Dobrze, pora jest pogańska, więc pozwolę sobie przyznać, że sałatki były kiepskie 
Ze względu na łaskę i niełaskę PKP w okolicach ulicy św. Marcina pojawiłem się stosunkowo wcześnie, bo przed 11. Ponieważ oficjalnie Zamek otwierał swoje podwoje dla uczestników o 11 (prelegenci mogli testować salę już od 8), nie chcąc sprawiać problemu pokręciłem się po korytarzach . Niestety osoby nie mające pojęcia gdzie mieści się Sala Zegarowa mogły mieć problemy ze znalezieniem miejsca imprezy. Mały ten mankament po zgłoszeniu do organizatorów został natychmiast naprawiony i pojawiły się dodatkowe oznaczenia. O 11 w okolicach Sali Zegarowej spotkać można było właściwie jedynie organizatorów, więc korzystając z chwili spokoju zaczepiłem wszystkich tych, których znałem z maili, blipa i innych sośjal mediów.
Sama sala przygotowana była a duchu TED, czyli królowała czerń i czerwień, na pierwszy rzut oka widać jednak było, że będzie ciasno. Wiele osób narzekało na mały rozmiar sali i ograniczenie liczby osób do 100, ale jak tłumaczyli organizatorzy wymusza to licencja TED. PKP ostatnio w przejazdach regionalnych nie oferuje przekąsek, więc jako stary głodomór skorzystałem z wyżerki, na którą składały się rozmaite ciacha w asyście kawy, herbaty i wody mineralnej.
Punktualnie o 12 (może z kilkoma minutami) rozpoczął się pierwszy wykład, "O wymieraniu języków" prowadzony przez panią Katarzynę Dzubalską-Kołaczyk. Sama tematyka była ogromnie ciekawa, mało kto zdaje sobie sprawę jak bardzo język związany jest z kulturą i co wraz z językiem umiera. Sporo interesujących informacji, podanych jednak w mało atrakcyjny, tradycyjny sposób: czytania ze slajdów. To podstawowy błąd prowadzących, i o ile w świecie akademickim rzeczy takie uchodzą płazem, to widownia TEDowa jest bardzo wymagająca, i wiele osób później na ten mankament narzekało. Ze swej strony powiem tylko tylko, że czytanie ze slajdów nie tylko jest mało atrakcyjne, ale wręcz przeszkadza w odbiorze prezentacji, bo mózg każdym kanałem powinien otrzymywać uzupełniające się informacje. Na dodatek pani profesor wspominając o udanych akcjach reanimacyjnych zapomniała o mojej ulubionej Irlandii i gaelige. Językiem irlandzkim jako pierwszym językiem posługuje się niewielka część mieszkańców Zielonej Wyspy, jest on jednak językiem obowiązkowym w systemie edukacji. Co ciekawe wśród młodzieży jest on "cool", ponieważ często nie jest rozumiany przez dorosłych i funkcjonuje podobnie jak gaderypoluki w czasach mojego dzieciństwa - jako tajny kod 
Kolejny gość jest bardzo bliski memu sercu, ponieważ gryzie system od innej strony: mianowicie zajmuje się otwieraniem edukacji. Jakoś od kilku lat mijam się z Jarkiem Lipszycem i nigdy nie udało nam się osobiście spotkać, szczęśliwie tym razem w końcu uścisnąłem mu prawicę. Przy okazji gratulując doskonałej prezentacji, która właśnie o otwieraniu (hackowaniu) systemu edukacyjnego traktowała. Doskonała tematyka, dogłębna znajomość tematu i ręcznie (naprawdę ręcznie, były po prostu narysowane) przygotowane slajdy - to jest to co publika lubi. Szczególnie utkwiła mi myśl na temat roli egzaminów w edukacji: są jak miecz katowski, ponieważ w żadne sposób nie przyczyniają się do ugruntowania wiedzy. Są karą ostateczną, a szkoła nie daje uczniowi szansy sprawdzenia wiedzy bez ponoszenia przykrych konsekwencji. Powiem szczerze, że nigdy w ten sposób o egzaminach nie myślałem i dobrze czasami posłuchać mądrego człowieka. Lipszyc mówił również o wzmocnieniu władzy nauczyciela, a ja od siebie dodam, że nie może się to odbyć bez oddania kawałka tej władzy uczniom, a przeciw są bariery mentalne naszych belfrów. Nauczyciele muszę przejść z modelu autorytetu danego do autorytetu wypracowanego, a to się nie stanie bez totalnych reform.
Przy okazji polecam 2 prezentacje sir Kena Robinsona z "dużego" TEDa - ogrom inspiracji. Jarek miał lekki falstart, ponieważ Łukasz z wrażenia zapomniał odpalić jego prezentację, ale oczywiście wszystko zostało obrócone w żart 
Kolejna prezentacja była dla mnie zagadką, mimo że o osobie prowadzącego słyszałem wiele - zarówno dobrego i złego. Pan Tomasz Witkowski zasłynął z ciekawej i kontrowersyjnej prowokacji w popularnym magazynie psychologicznym "Charaktery", gdzie udało mu się opublikować spreparowany artykuł. Ciekawych odsyłam na stronę pana Tomasza, a co do samej prezentacji: doskonała. Witkowski bronił zdrowego rozsądku i prawdziwej nauki, przy okazji krytykując szarlatańskie nurty takie jak NLP, psychoanaliza itp. Wszystko na przykładzie ciekawego kultu Cargo, który nota bene sam w sobie jest zjawiskiem niezwykle fascynującym. Podsumowując: nauki społeczne dały ludziom sporo praktycznych wynalazków, takich jak żółte wozy strażackie i trzecie światło stopu ;) Zainteresowanym polecam cierpliwość w oczekiwaniu na opublikowanie nagrań 
Następna prezentacja to czysta energia: Paweł Sroczyński zdobył moje serce fajnym performance'm i absolutnie nieakademickim podejściem (cytując Pawła Tkaczyka). Idea habitatu 2.0 jest mi równie bliska, jak FLOSS, a co ciekawe efekty prac grupy Habitat2.0 mają być opublikowane na wolnych licencjach. Skrócić łatwo idei się nie da, ale w uproszczeniu zakłada ona przesunięcie się w stronę naturalnych zasobów i bliżej ziemi. I pozbycie się egzystencjalnego strachu 
Kolejna prezentująca, Agata Żyźniewska - niewiasta urocza i mądra - na pewno miała do przekazania ciekawą ideę (i bliską memu sercu, w końcu jestem wegetarianinem), ale wydaje mi się, że zbyt perfekcyjnie się przygotowała. Czułem się trochę jak w teatrze na monodramie. Tak czy inaczej warto przemyśleć miejsce zwierząt w naszym życiu, bo rzeczywiście zostały zredukowane do obecności w logotypach znanych marek, co samo w sobie jest doskonałą ilustracją naszego postrzegania świata.
Po krótkiej przerwie na doskonałe kanapki i mniej doskonałe sałatki na scenę wkroczył chór. Tak, najprawdziwszy chór. Fajny patent, ale osobiście tego rodzaju muzykę wolę w wykonaniach mniej kameralnych.
Po chórze nadszedł czas na pana Mariusza Jarzębowskiego z Microsoft. Przed TEDem słyszałem tylko, że pliki z jego prezentacją mają gargantuiczne rozmiary, i sądząc po ilości danych, była to zapewne prawda. Powiem szczerze, że chociaż technologicznie interesująca, nie do końca niosła jakieś przesłanie. Dla mnie było tylko showcasem dokonań MS na polu przetwarzania i prezentacji informacji wizualnej. O co w gruncie rzeczy chodziło: nie wiem, ale może ktoś mnie oświeci.
Następnego prelegenta przedstawiać chyba nie trzeba: Piotr Konieczny jeśli chodzi o prezentacje jest marką sam w sobie. Prezentacja jak zwykle kreatywna, jednak dla takiego technicznego kolesia jak ja zbyt popularyzatorska. Oczywiście nie ma w tym nic złego, bo takie było założenie, widownia była zresztą ukontentowana. Piotrek jest zresztą kolejną osobą, z którą jakoś się mijałem, ty razem udał się porozmawiać i wychylić kufelka
(oczywiście po imprezie)
Rafał Demkowicz-Dobrzański jak przystało na przedstawiciela arystokracji i świata akademickiego to barwna postać. Wkroczył na scenę w czerwonych porciętach i mówił naprawdę skomplikowane rzeczy. Między innymi o ty jak korzystając z kwantów mierzyć niemierzalne na dodatek z nieskończoną precyzją (żeby nie było, to żart, ale nie przesadziłem zbytnio) Osobiście w końcu dowiedziałem się, że kwanty nie tylko zabijają koty, ale również mają praktyczne zastosowania.
Po kolejnej prezentacji spodziewałem się recept dla naszego systemu penitencjarnego (nie żebym się gdzieś wybierał), a dostałem na twarz o fontach słów kilka. W zasadzie to nic dziwnego, bo to konik Pawła Tkaczyka od lat wielu. Prelegent dostał od organizatorów mało czasu, ale użył go optymalnie. Niestety nie obyło się bez zgrzytów, a zrzucenia fatalnego stanu typografii na widzimisię inżynierów informatyków nie wybaczę
Swoją droga Paweł to jedyny opensourcowiec w typografii i reklamie, bo wile lat temu opublikował proces powstawania logotypu swojej agencji Midea. Czytałem i od tamtego czasu pragnąłem poznać gościa, co udało się całkiem nieźle (z tamtych czasów pochodzi również niechęć do Software-Wydawnictwo, ale to temat na inny wpis, którego nie będzie) Podsumowując używajcie tych wszystkich pochowanych znaków, o których istnieniu nie macie pojęcia. Kropka (jest zdaje się tylko jedna)
Kolejna przerwa, ciacho, kuluarowe rozmowy, w trakcie których nie można się było dostać do prelegentów ;) Po przerwie kawał solidnych informacji na temat ciekawego podejścia do zarządzania projektami, czyli critical chain w akcji. Patrząc dookoła trudno uwierzyć, że dotrzymywanie terminów jest takie proste, ale Marek Kowalczyk i Mandarine Partners udowodnili to niejednokrotnie. Ogólnie jedna z najlepiej ocenianych prezentacji, a ja osobiście mam do pogadania z project managerami w pracy 
Darko Bosiljcić mówił krotko i treściwie o formującym się lokalnym oddziale IxDA, czyli Stowarzyszeniu Projektowania Interakcji. Myślę, że warto się zainteresować pracami tej organizacji, szczególnie, że jest to perspektywiczna dziedzina, i fajnie mieć coś takiego w Poznaniu. Była to pierwsza, ale nie jedyna prezentacja po angielsku, a jak się później okazało, Darko to uroczy człowiek, mówiący całkiem nieźle (aczkolwiek uroczo) po polsku.
Barbara Metelska próbowała nas (po angielsku zresztą) przekonać, że liderzy są jak marki. Próbowała, bo z jest to dla mnie oczywiste. Mimo wielkiego tempa i subiektywnej oczywistości tematu prezentacja była jednak interesująca. Na przyszłość radziłbym jednak zwolnić tempo i zmniejszyć ilość informacji. I nie tłumaczyć się, bo profesjonalizm wyklucza tłumaczenie si z tego, co się robi na scenie 
Po kolejnej prezentacji spodziewałem się sporo, ale na pewno nie tego, że publiczność "wyklaska" ze sceny prowadzącą. Krótko mówiąc pani Aneta Murakowska przekroczyła znacznie czas i przesadziła w amwayowym stylu. Myślę, że każdy rozsądny człowiek zdaje sobie sprawę z dobrodziejstw networkingu, jednak wiele zależy od sposobu podania
Mi osobiście prelekcja się podobała, chociaż nie była pozbawiona nachalnej promocji. O ile wszyscy pozostali prelegenci unikali mówienie o organizacjach, z którymi są związani, pani Aneta chyba zbyt nachalnie próbowała uprawiać reklamę. No i cóż, oberwało jej się.
Chwilę później Mateusz Stańczak rozłożył na scenie matę i pokazał jak rozmawiać z własnym ciałem. Jako było jogin obserwowałem prezentację z zaciekawieniem, zabrakło mi jednak jakiejś tezy i podsumowania. Ogółem sympatycznie, ale mało konkretnie, ale czego się spodziewać po jodze (no chyba że jest to nie hatha ale lingam-joni joga 
Jako ostatni na scenę wkroczył Dawid Wiener i zajął się naszymi umysłami, a właściwie ich zniewoleniem przez technologię. Spodziewałbym się więcej konkretów, a tak tylko utrwaliłem swoją opinię o kognitywistyce jako o nauce, która sama nie wie czym jest i czym się zajmuje 
Po ostatniej prezentacji wszyscy przemieścili się do Bogoty, gdzie serwowano darmowe drinki. Takiej okazji nie mogłem przepuścić i również udałem się do rzeczonego klubu. Klub sam w sobie absolutnie nie w mojej stylistyce, ale warto było. W międzyczasie pojawił się mój ulubiony fanboj macowy papa CoSTa, więc biesiada była i interesująca i zabawna. W towarzystwie organizatorów i prelegentów piło się wyjątkowo dobrze (co zaowocowało tragiczną sobotą), muszę przyznać że Paweł Tkaczyk i Piotr Konieczny to nie tylko nieźli mówcy, ale też twardzi piwni zawodnicy
Niestety z Jarkiem Lipszycem nie udało mi się za dużo porozmawiać, bo najpierw zniknął w poszukiwaniu zagubionego telefonu (ach ci roztargnieni poeci), a potem został porwany przez Patyczaka i jego żonę. Impreza i afterparty było naprawdę zacne.
Na koniec chciałbym podziękować organizatorom za możliwość uczestniczenia w tym wyjątkowym i inspirującym przedsięwzięciu. Tor, dzięki za interesującą rozmowę w bliżej niesprecyzowanym klubie (właśnie, gdzie myśmy wylądowali?) trzeba ją powtórzyć kiedyś we wcześniejszych godzinach 
±
Komentarze do wpisu "Garść wrażeń z TEDxPoznań zupełnie subiektywnie":
1.
12 lipca 2010, 08:51:04
Pisze i mowi sie: sw. Marcin, a nie sw. Marcina.
To ul. Sw. Marcin.
2.
12 lipca 2010, 09:29:27
@czepialstwo: być może masz rację, ale wydaje mi się że ulica jest Św. Marcina, więc to dopuszczalny skrót. Chętnie jednak rzucę okiem na jakieś źródło, jeśli zechcesz podać.
3.
12 lipca 2010, 10:33:18
Nagrania już są: http://tedxpoznan.com/
4.
12 lipca 2010, 11:29:23
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ulica%C5%9Awi%C4%99tyMarcin
http://maps.google.pl/maps?f=q&source=s_q&hl=pl&geocode=&q=%C5%9Aw.+Marcin,+Pozna%C5%84&sll=52.025459,19.204102&sspn=6.600096,19.753418&ie=UTF8&hq=&hnear=%C5%9Awi%C4%99ty+Marcin,+Pozna%C5%84&z=16
http://www.google.pl/#hl=pl&source=hp&q=%C5%9Bw+marcin+pozna%C5%84&aq=f&aqi=g1&aql=&oq=&gs_rfai=&fp=14f087c2b8aed8c7
Nie ma za co
5.
03 sierpnia 2010, 11:11:10
Wrażenia świetne, podzieliłem się nimi na blipie, tylko w tytule jest literówka...
Dodaj komentarz: